1

1

wtorek, 28 czerwca 2011

Konkluzje po spotkaniu rodzinnym...


"Badania nad alkoholem wykazaly ze :
 
Wodka z lodem - atakuje nerki !
Rum z lodem     - atakuje watrobe !
Gin z lodem      - atakuje mozg !
Whisky z lodem - atakuje serce!

 Wyglada na to, ze ten cholerny lod szkodzi na wszystko!"


Ale zeby nie bylo tylko alkoholowo. Oczywiscie gril i mozliwe miesne wariacje: schab, karkowka, steki,  kielbasa, zeberka. Wszystko to dobre, ale dla miesnych smakoszy. Sama sie troszeczke wylamuje z tego grona. I nie chodzi o to, ze keczup czy majonez nie wchodzi mi w smaki...



Dzisiaj proponuje cos innego, co jest pyszne, jako wlasnie dodatek do grilowanych mies.
Salsa z mango. Normalnie rewelacja. Co prawda, do stekow dodawalam juz na sposob amerycki, marshmellow salat, jednakze salsa bije wszystko na glowe. Raczej na mango.


2 sztuki mango, obrac, wydrazyc i pokroic w drobna kostke,
2 papryki i uczynic to samo,
Pol celuli salatkowej (tej z fioletowa skorka), pokroic na drobno,
peczek cilantro (znanej tutaj tez jako meksykanska pietruszka- osobiscie nie wiem dlaczego, wszak to europejskie ziele. A moze najpierw bylo meksykanskie?)
Cilantro drobno posiekac.


Skladniki wymieszac i gotowe. Nie uzywam do tego nawet soli.
Dla mnie bomba.




Zycze smacznego

poniedziałek, 27 czerwca 2011

Greenpoint o poranku :)

Prawie 9.00 rano. Czy to faktycznie poranek..?
Niedziela jakos nie wyrywa z lozek i domow o swicie. Oczywiscie tych, ktorzy nie musza...

Skrzyzowanie Manhattan Ave z Greenpoint Ave


Zaspana jeszcze Manhattan Ave



Po malutku Greenpoint przestaje byc juz polska enklawa. Drogo.
Polacy przebywajacy czasowo w USA uciekaja na Queens, podobno taniej. Bez jezyka tez czuja sie swobodniej wszedzie tam, gdzie ktos pomoze. I zrozumie.
Przywiazanie do kuchni tez robi swoje. Latwiej kupic produkty polskiego pochodzenia.
Na ulicach Greenpointu rzadziej slychac jezyk polski. U mnie nie slychac go wcale:))
Samo zycie))

niedziela, 26 czerwca 2011

Kapielowki po amerykansku


Tak przy okazji podworkowego sezonu basenowego mi sie skojarzylo...
Zostawie dywagacje na temat stroju kapielowego Pan na kiedys.
Zajme sie Panami.
Tutaj, jako meski stroj kapielowy, obowiazuja szorty. Po kolanka.
Zasiegnelam jezyka - wygodne, niczego nie krepuja (ruchow tez). Zatem swoboda.

Kiedy moi amerykanscy Goscie pojawili sie tak ubrani na polskim basenie - tylko otwartosci Pana Ratownika zawdzieczam fakt, ze unikneli zakupu kapielowek w przybasenowym sklepiku.
Oczywiscie kapielowek w polskim rozumieniu.

Tutaj zas, na plazy w New Jersey, pieknej zreszta, znajomek moj paradowal w kapielowkach prosto z Polski.  Wzbudzal ogromne zainteresowanie pan i zachwyt wrecz niektorych mezczyzn...

Jak sie pozniej okazalo - ten typ odzienia kapielowego prezentuja panowie kochajacy inaczej...




sobota, 25 czerwca 2011

Ostatnio uslyszalam....

Dywagacje na temat szczescia odbieraja sen nie tylko filozofom czy fizolofom (jak ja:)). Odbieraja ow sen nie od dzisiaj. Starozytni itd...

Dzisiaj, podczas sesji terapeutycznej, w salonie kosmetycznym (a jakze:)) uslyszalam koncepcje szczescia w slad za Profesorem Wladyslawem Tatarkiewiczem:

"Szczescie jest wypadkowa tych wszystkich nieszczesc, ktore nas nie spotkaly".

I to tez jest podstawa do tego, by radowac sie tym, co mamy i dziekowac Wszechomgocemu za to.
Co niniejszym czynie.

A swoja droga, ten, kto sadzi, ze w salonach pieknosci gada sie jedynie o pieknosci w wymiarze cielesnym, jest w glebokim bledzie. Mozna sie podciagac na urodzie ze wszech miar.





piątek, 24 czerwca 2011

Klapki

Przyczynkiem i inspiracja dla tego posta byl artykul  Pana Jana Latusa "Gole nogi" w NOWYM DZIENNIKU - polskojezycznej gazecie z Nowego Jorku.

Pozwole go sobie zacytowac w calosci :

"Po czym rozpoznać mieszkańców Stanów Zjednoczonych? Jednym z najłatwiejszych sposobów jest spojrzenie na ich nogi. Jeśli ogromna większość przechodniów, bez względu na pogodę i temperaturę powietrza, człapie w klapkach, odpowiedź jest jasna: jesteśmy w USA.
(tutaj obrazek. On i ona w japonkach. Foto: Archiwum).
Każdy kraj, cywilizacja, ma charakterystyczne sposoby ubierania się, zachowania, style i maniery. W przypadku Stanów Zjednoczonych od kilkudziesięciu już lat jest to obsesyjne zamiłowanie do demonstrowania gołych stóp, a jak się da – także łydek.
W innych krajach jest pod tym względem normalnie. Mężczyźni chodzą, w zależności od pory roku i okazji, w długich spodniach oraz półbutach sznurowanych lub mokasynach, sandałach, butach sportowych pasujących do spodni. Kobiety też różnie: botki, kozaki, pantofelki na wysokim obcasie i z płaską podeszwą, kryte i nie, czółenka, szpilki, platformy, sandałki, klapki. Panuje tam wielka rozmaitość, generalnie jednak kobiety uważają za bardziej eleganckie – więc je preferują – pantofle kryte.
Amerykanki są chyba przekonane, że najpiękniejszą i najważniejszą częścią ich ciała są stopy. Nie topnieją więc jeszcze ostatnie śniegi, a już co odważniejsze wyrywają się, aby pokazać światu swoje odnóża.
Czy stopy są wyjątkowo atrakcyjną częścią ciała kobiety, w ogóle ludzi? Zdania są podzielone. Są mężczyźni, dla których stopy są wyjątkowo podniecające i piękne. Inni reagują na nie neutralnie lub pozytywnie (kocham każdy skrawek ciała kobiety). Dla jeszcze innych są fetyszem – osiągają orgazm tylko wtedy, gdy mogą possać kobiecy paluch. Dla kolejnej grupy stopy są częścią ciała odstręczającą seksualnie. Jest to grupa liczniejsza od fetyszystów stóp. Zauważmy, że w filmach i na zdjęciach erotycznych kobiety nawet w czasie seksu nie zdejmują pantofli na szpilkach.
Właściwie nie wiadomo, skąd to uporczywe eksponowanie stóp. Wymówką nie jest gorący w wielu częściach USA klimat: przecież kobiety chodzą w klapkach także wtedy, gdy stopy są aż czerwone od zmarznięcia. Gdy podniesiemy wzrok, zobaczymy kurtkę, szalik i czapkę...
Przekonanie, że nie ma to jak goła stopa, dotyczy wszelkich okazji. Erotyzm kobiecych nóg w rajstopach czy pończochach nie jest tu doceniany. Skutkiem tego na najelegantszych galach i balach, nawet w trzaskający mróz, kobiety paradują z gołymi nogami, epatując wszystkich biało-różowosiną gęsią skórką i skutkami dopiero co przeprowadzonej depilacji.
Spójrzmy, jak obute są Amerykanki na balu w Waldorf Astorii czy na Oscarach – a potem zobaczmy, jak damy noszą się w Paryżu, Wiedniu, Tokio i Warszawie.
Konieczność pokazywania każdego dnia gołych stóp zmusza Amerykanki do poświęcanie mnóstwa czasu na ich pielęgnację. Kobieta często jedzie do pracy z mokrą głową, a makijaż kończy w pociągu. Ale stopy muszą być wypielęgnowane! Skoro nie ma czasu, sił i umiejętności, aby sama sobie robić pedicure, pojawia się w jej budżecie stała pozycja: wizyty w koreańskich nail salons.
To więcej niż przejściowa moda. To jakiś bezmyślny, owczy pęd – wszystkie tak się noszą, to ja też.
Konieczność eksponowania gołych nóg dotyczy też Amerykanów. My, chowani na kontynencie, na którym mężczyzna zakładał szorty tylko w czasie największych upałów oraz nigdy do pracy i w mieście, najczęściej tylko na wakacjach, możemy się tu napatrzyć do woli na męskie owłosione łydy. Oraz – znowu – gołe stopy w sandałach, a przede wszystkim w klapkach. Mężczyzna noszący sandały i skarpety, żeby nie obetrzeć stóp –  często jest to Polak lub Niemiec – jest wyśmiewany jako czereśniak.
Lekarze pewnie zdziwiliby się, że aż tylu mężczyzn odczuwa konieczność, nawet gdy jest stosunkowo chłodno, zakładania krótkich spodni. Ciepło ucieka z ciała głównie przez głowę. Ale przez łydki? Czy łydki Jankesów szczególnie się pocą, czy wymagają nieustannej wentylacji od marca do października?
A może – z czego nie zdawałem sobie sprawy – męskie łydy szczególnie podniecają kobiety? Może mężczyzna w szortach-worach za kolano wygląda pięknie, szarmancko, wysublimowanie, sexy? Pewnie tak. Popatrzmy na liczne pary na ulicach: ona w eleganckiej sukience i pantofelkach na obcasie, on człapie jak kaczka w sneakersach i szortach-worach.
Właśnie – człapie. Jakie nosimy obuwie, określa nasz sposób poruszania się. W wygodnych półbutach człowiek idzie szybko i sprawnie. W szpilkach kobieta czasami – gdy umie w nich chodzić – odwraca wszystkie męskie głowy, a czasem – gdy nie umie – idzie jak na szczudłach i z widoczną męką na twarzy.
Ludzi obuci w sneakersy (a są to ci wszyscy Amerykanie, którzy akurat nie noszą klapek) poruszają się, jakby do ich butów wlano cement. Wbijają nogi w grunt jak pilary na budowie. Stopy rozstawiają tak szeroko, że ich chód staje się komiczny. Wszyscy obuci w sneakersy chodzą tak, jakby mieli platfusa.
Dodajmy, że są to buty brzydkie, nieeleganckie, obciachowe i do tego drogie.
Fakt, że większość Amerykanów chodzi we flip flopach, określa dynamikę tego społeczeństwa. Dosłownie. Ludzie nie przemieszczają się szybko i sprawnie z punktu A do punktu B. To społeczeństwo człapie, posuwa nogę za nogą, jak ktoś w kapciach w swoim domu. Niezdarnie pokonują schody, męczą się z krawężnikami, nie są w stanie przyspieszyć na prz, "Gole nogiejściu dla pieszych, są narażeni na bolesne przydeptanie w tłoku.
Każdy Amerykanin, nawet rzekomo dynamiczny i agresywny nowojorczyk, to teraz Lebowski: człowiek na luzie, może nawet loser. Klapki powodują, że każdy czuje się cool, zrelaksowany, jakby spędzał życie wędrując po plaży. W dodatku w rękach trzyma jeszcze komórkę i kawę, co dodatkowo utrudnia mu skoordynowane reagowanie na bodźce i sprawne poruszanie się.
Ameryka nie upadnie z powodu ekspansji Chin, niepotrzebnych wojen i złych rządów. Dominacja tego kraju skończy się, gdyż nigdy jeszcze w dziejach nie podbiła świata armia żołnierzy w klapkach."

W pelni podzielam zdanie Autora w kwestii "meskich lydek" , czasu, kiedy Amerykanie wskakuja w klapki i co z tego dlan wynika.
Niestety, nie moga zgodzic sie co do Pan. 
Na letni czas moim ulubionym obowiem sa wlasnie klapki. Z piekna stopa one tez sa eleganckie.
A czas na peducure nigdy nie jest czasem straconym:):)

poniedziałek, 20 czerwca 2011

Telefoniczna opalenizna.


            Nie , to nie zadne novum ameryknskich salonow pieknosci. Zadne tez przymiarki  do przyszlosci. Chociaz, kto wie…??
Telefoniczna opalenizna jest wypadkowa szczescia i gadulstwa.
Szczescia w znajdowaniu niefrasobliwie zagubionych rzeczy. Cudzych.
Gadulstwa, a raczej cierliwosci dla amerykanskiego gadulstwa. I umiejetnosci zadawania pytan.

Sloneczko pewnie odmozdzylo mnie z lekka, kiedy patrze na to, co zrobilam…

Chcialam popracowac nad piekna opalenizna. Zwlaszcza ramion i dekoltu. Wszak rodzinne spotkanie tuz, tuz.
Znudzil mi sie basen. Postanowilam lapac promyki w ruchu. Oczywiscie swietnym sposobem na to bedzie spacerek.
Super letnio ubrana wybralam sie w moje gorki. 
Wczesna pora popoludniowa i zar lejacy sie z nieba nie sprzyja spacerowiczom. 
Nie bylo nas wiele. Ja pod gorke, jakis ktosik z gorki.
-        Czesc - zagail. I rozgladal sie wokol, jakby nie mogl zniesc kontaktu wzrokowego ze mna.
-        Czesc – padlo moje w odpowiedzi.
-        Dlugo tak spacerujesz?
-        Wlasnie rozpoczelam moj spacerk. A Ty? Szukasz czegos?
-        Zgubilem swoj telefon. Polozylem dziada na dachu truck’a. Ruszylem. Depnalem. A jak sie kapnalem…dziada nie bylo.
-        Co to za “dziad” - zapytalam z uprzejmosci.
-        Czarny iPod – i tu nastapila wyliczanka czegostam. Kompletnie nieistotna dla mnie.

Czarny i juz. Sama tez moge mowic o rozowej Motorolii, niebieskim Ericssonie. Telefon, podobnie jak samochod, ma byc ladny. Sluzyc ma tylko i wylacznie do gadania i sms-owania. Reszta zbajerzenia mnie kompletnie nie rusza. Od zdjec jest aparat, od muzyki - filharmonia:) I ewentualnie dobry sprzet grajacy. Od netu- computer. Niewazne.

Kiedy zobaczyl moje wybaluszone oczy poprosil tylko:
-        Gdybys znalazla, jestem spod 2036.
-        Ok, jak znajde, dam ci znac.

I rozeszlismy sie, kazde w swoja strone. Ja pod gorke. Gosciu z gorki.
Pomna na swoja przygode z torebka na dachu mojego autka, nie sadzilam, ze jest mozliwe odnalezienie czegokolwiek, co zwiazlo z dachu samochodu przy niemalej predkosci.
Jakiez bylo moje zaskoczenie, kiedy na srodku drogi lezal sobie w najlepsze czarny telefon (model jakis tam. Zbajerzony, jak mniemam).
Niestety, wlasciciel zginal mi z zasiegu wzroku.
Poszlam szukac domku 2036. Jest. Fajna chalupka. Ani zywej duszy.

-        Ok, wracam, po drodze spotkam goscia to mu oddam – pomyslalam.

 I schodze sobie spokojnie. Niestety, Po gosciu slad zaginal.
Jakas dzieciarnia na rowerkach, sasiedzi wracajacy z dzieciakami ze szkoly. Goscia niet.
Coraz wiecej autek, bo coraz blizej osiedla.
Az nagle z bialego samochodu wychyla sie gostek:
-        Masz moj telefon – krzyczy
-        Tak. Szukam Cie, bo nie bylam pewna, czy moge zostawic go na tarasie. Sadzialam, ze bedziesz maszerowal w dalszym ciagu w poszukiwaniu dziada - tlumacze sie
-        Nie mialem juz sily. Tak grzeje. Ale dzieki serdeczne – facet zaczal rozplywac sie  w podziekowaniach.

I od slowa do slowa… okazalo sie, ze wrocil wlasnie z Afganistanu. Wlasnie czyli koncem maja. Na Memorial Day. Taki prezent dla rodziny od armii. Sluzyl tez z Polakami. Fajni goscie. I zaczal mi o nich opowiadac, operujac jakimis ksywkami.
Opowiesc podobala mi sie bardzo. Tym bardziej, ze pomna na bohatertwo polskiego zolnierza puchlam z dumy. Tak, to Nasi. Moi Rodacy…

Nie zwrocilam tylko uwagi na jeden szczegolik. Stalam w sloncu. Palacym sloncu. W koncu polazlam w gorki po opalenizne…
Jakie bylo moje zdziwienie, kiedy “wypracowana” opalnizna zaczela mnie piec, a wkrotce palic zywym ogniem.

Na dekolcie i ramionach mialam juz krem po opalaniu i przed tez. Krem na dzien, na noc, pod oczy. Balsam. Oliwke. Mleko zsiadle. Mleko ze sklepu. Jogurt waniliowy (fuj ), truskawkowy (pycha). Cos zielone, galaretowate. Cos z  aloesem (fajnie pachnie). Noxzeme (super wychlodzilo mnie wrescie).

Jutro zejdzie ze mnie skora.

Dopielam swego. Podczas rodzinnej uroczystosci wszyscy zwroca na mnie uwage. 
Mialo byc zaskoczenie piekna opalenizna.
Bedzie.
Pozostalosciami po niej.

niedziela, 19 czerwca 2011

Upal...


Nuda, nie?


















Nooo....







"Upal, trzydzieści stopni Celsjusza. 
Pot mi po plecach płynie, po uszach, 
a jedna stróżka tak czasem z boku, płynie po oku..."


- A tej co?


- John wyjeżdżał, nie zauważył...

 - E, upal taki...