1

1

sobota, 9 lipca 2011

Walczaca z wezem.


To nie o kieszeni mowa.
To te pelzajace dziady.
Nienawidze tego gadostwa. Nie i juz. Sa obrzydliwe i sie ich najzyczajniej w swiecie boje. To nic, ze niejadowite. A w przypadku owadow i drobnych gryzni fruwajacych i walesajacych sie w poblizu domku nawet pozyteczne.
Okropne.
Tak, to fobia. Ofidiofobia sie nazywa. Trudno, trzeba z nia zyc. Oswoic po prostu i koniec.
Co nie zmienia faktu, ze kiedy zobaczylam, ze w poblize domku wprowadzil sie syczacy (nazwe skubnelam od Kartka) ropoczelam polowanie.
Unikalam lazikowanie po trawie w klapkach. Uwaznie wygladalam za drzwi, czy nie lezy bykiem przy wejsciu do domu i nie piesci swoich kosci na sloneczku. Do sznurkow z praniem chadzalam okrezna droga. Na widok patykow wzdrygalam sie. Wariacja.
Zauwazylam go dwukrotnie. W resztkach konwaliowych lisci i na chodniku w poblizu domu. Grzal sie w sloncu, dran. 

Sztychowka stala w pogotowiu. Dziabne nia dziada, pomyslam.

Szukalam tez oparcia i pomocy u Steve’a. Kosiarza.
Powiedziec o nim kawal chlopa to jak przyrownac piesc do nosa. Nietrafione. Jest ogromny. Do tego facet. I podczas koszenia nosi wysokie, ciezkie buty (wiadomo bhp i te sprawy). Co mu zalezy: wystarczy drepnac na gada i po nim.

Ale to uluda. Moja co do Steve’a.
Kiedy wyluszczylam mu sprawe o wezu on tylko popatrzyl na mnie smutnym wzrokiem i przyznal sie bez bicia, ze on dla mnie wszystko, lacznie z kawalkiem nieba itp… ale weze i pajaki zebym sobie odpuscila w jego wydaniu, bo on sie ich boi.
Steve. 200kg zywej wagi i 2 metry wzrostu. Boi sie takiego krotkiego, niejadowitego, niemalze przyjacielskiego... (friendly z angielska lepiej to chyba oddaje, znaczeniowo to samo, wiem, ale jakos tak brzmiaco mi lezy).

Co za swiat. Nie mam co liczyc na jego pomoc. Coz mam go narazac na stress.

Pomogla nam technika. Kiedy Steve dopieszczal trawniki dokaszarka, podkaszarka czy jakkolwiek nazywa sie ten typ kosiarki, poprosilam, zeby tez rozprawil sie z pozostalosciami po konwaliach.
Ku mojemu zaskoczeniu odkrylam truposza weza. Dobrze mu tak!
Kto jednak truchlo uprzatnie?
Steve wpadl na pomysl, ze uzyje blower’a czyli wydmuchamy goscia z grzadki.
Jak pomyslal, tak zrobil, zanim zdazylam zaprotestowac, ale trup wyladowal pod tarasem. Przy tej temperaturze, to tylko kwestia czasu, kiedy zacznie smierdziec. Trzeba dziada pogrzebac.
I kto to zrobi?
Zalozylam gumofilce.
-        Po co Cie te buty? Gdziesz idziesz? – zapytala sasiadka widzac w upalne poludnie kolorwe gumiaczki na moich nogach. 
Nie ma co robic, tylko spacerowac, kiedy ja walcze z wezami.
Kiedy jednak zobaczyla, ze wyciagam z garazu lopate do sniegu i grabie to juz wolala swojego malzonka. Pomyslala zapewne, ze tak mnie skutecznie przygrzalo, ze trzeba wezwac posilki.

A ja mialam widzow. 
Steve z blower’ em na plecach. Rece zalozone na piersiach, w rozkroku. 
Virginia, sasiadka, probujaca wcisnac sie w najblizsze drzewo przy tarasie i sasiad, maz Virginii, zasapany John, ktory pedzil na ratunek. Czy moze na widowisko?

Przystapilam do dziela. Spod tarasu wyciagnelam grabiami to, co z weza zostalo, wsunelam na lopate od sniegu. Ide. Kiedy ruszylam to sasiedzi zobaczyli przyczyne zamieszania, a jeden wielki rechot wydobyl sie z gardelek.

Jasne, fajnie sie smiac, kiedy ja tu walcze na smierc i zycie.

-        Gdzie z tym idziesz? – padlo
-        Do lasu. Przed siebie. Daleko.
-        I tak chcesz paradowac po osiedlu? – zapytala Virginia

Musialam wygladac zabawnie w gumowcach, z lopata do sniegu wyciagnieta przed siebie na dlugosc ramion w temp. 100 F.
John bez slowa podszedl do Steve'a, wyciagnal mu robocze rekawice zza paska. Potem podszedl do mojej lopaty, wzial weza za fraki to znaczy za skore. Odwrocil sie i wcisnal Steve'owi w reke sztychowke. Oddalili sie na z gory zaplanowane pozycje. Zaplanowane  przez Johna.

Wcale mu nie zycze lekkiej ziemi. Temu wezu sie znaczy. Brrr

piątek, 8 lipca 2011

Czego pragna Amerykanie...



Trzech panow przechadza sie brzegiem morza po cudnej plazy na Long Island.
To Meksykanin, Czarny i Bialy.
Nagle, w piasku blysnal imbryk. 
Potarli. 
Wyskoczyl Jin gotowy na spelnianie zyczen.

- Ja pierwszy – krzyknal Meksykanin – Chce, by wszyscy moi wspolbracia opuscili Ameryke, wrocili do domow, zyli w szczesciu i bogactwie.

Puff, puff, puff… Stalo sie.

- Ja nastepny – krzyknal Czarny – To ja tez chce, by moi Czarni Bracia wrocili do Afryki, zyli w szczesciu i bogactwie.

Puff, puff, puff… Stalo sie.

-        A Ty – pyta Jin Bialego.
-        Mam rozumiec, ze Meksykow i Czarnych nie ma juz  w Ameryce …  
           To cole poprosze.

czwartek, 7 lipca 2011

Moj prywatny Dzien Swistaka

To zaden dzien. Juz zrobil sie z tego rok. Z okladem.
Wprowadzial sie gosc w poblize mojego domku, zupelnie nieproszony i niepozadany.. Norkami wytyczyl sobie szlak w poblizu drzew. Wie, skubany, ze tam sie nie zapedzam bez wyraznej potrzeby. Trojacy bluszcz robi swoje. Sprytna bestia z mojego podworkowego lokatora.

Od jakiegos czasu przygladamy sie sobie. Z kazdym dniem coraz ufniej. Nie powiem jeszcze, ze wkrotce bedziemy jesc sobie z raczek..
Moze jednak pozwoli na trzasniecie fotki. Z bliska. Moze sam tez strzeli jakis usmiech, a nie tylko wystrzezy zeby.

Nieproszona, co tu kryc, zakradlam sie do jednej z jego norek. Z reka i aparatem.



Za zakretem jest salon, a prawo zas sypialnia.

Chyba.
Jedno jest pewne. Pozostawia tylko sreberka.

wtorek, 5 lipca 2011

Graduation 2011


Maj w amerykanskiej szkole obfitowal w, nazwijmy to z "polska", bale maturlne. Prom. Elegancja.

Czerwiec natomiast to czas zakonczenia szkoly. 
Traktuje oczywiscie o stanie Nowy Jork i samym Nowym Jorku.
Czas ukonczenia szkoly sredniej jest czasem szczegolnym. Znamy to z autopsji. To znaczy znaja Ci wszyscy, ktorzy szkole srednia ukonczyli.
Tutaj ukonczenie high school w 50% przypadkow jest tozsame z zakonczeniem pobierania nauki. Tak, to smutne, ze w kraju z takimi mozliwosciami zaledwie 50% absolwentow szkol srednich podejmuje studia. Przyczyny sa naogol dwojakie: kasa (a raczej jej brak, bo szkoly wyzsze sa platne. Wszelakie.) oraz przyczyny spoleczne (wzorce w domu, mozliwosci czy checi wlasne). Ale o tym kiedys :))
Wracajmy do uroczystego zakonczenia szkoly sredniej.
Graduation 2011.
Przezywalam je w szkole mojego syna. Czynilam sobie wprawki przed przyszlorocznym wezwaniem. Tak, synus jest juz seniorem, czyli czwartoklasista. To zobowiazuje :))

Sama uroczystosc jest z gatunku galowej. Togi, krawaty, wysokie obcasy (nie jako dodatek do "Gazety Wyborczej"). Niektorzy jednak stawiaja na luz i wygladali, jakby wlasnie wyrwali sie z meczu albo oderwali od pilnej robotki. No coz. Wolnosc.
Nie ma sensu nad tym ubolewac, gdyz stroje "cywilne" zakryly togi w kolorze szkoly. Biale dla dziewczat. Niebieskie dla chlopcow..
Szkola organizuje te uroczystosc tam, gdzie moze pomiescic nie tylko absolwentow, ale i ich gosci. I gdzie wszelkie procedury stanowiace o bezpieczenstwie beda spelnione. Z reguly jest to poteznych rozmiarow aula lub boisko szkolne. Niestety,  nawet w tak przygotowanych warunkach nie zawsze mieszcza sie wszyscy chetni. Stad ta impreza jest tez "biletowana". Absolwentowi pozostaje dylemat, kogo zaprosic, kiedy ma do dyspozycji 4 bilety.
W tym roku wladze szkolne wpadly na pomysl przeniesienia uroczystosci na boisko klubowe Yankee Stadium na Staten Island.
Yankee to nowojorski klub bejsbolowy,  a  stadion na Staten Island jest wlasnoscia jakiegos ligowego klubu. To nie ten slynny i potezny Yankee na Bronxie (czy gdzie tam pobudowano nowy).
W kazdym razie stadion pomiescil wszystkich chetnych i nawet nie trzeba bylo walczyc o bilety wstepu na uroczystosc.

Uczniowie, w togach, zebrali sie w jednej czesci stadionu. My - goscie zasiedlismy na trybunach w oczekiwniu na show. Kazdy mial swego bohatera.

Tak przygotowano czesc dla Uczniow i wladz szkolnych. Na plycie boiska, zwanego diamont, wylozono specjalne maty chronace trawe i to cos czerwonawe. Przygotowano 700 miejsc siedzacych dla uczniow. Nie wiem, czy nie dotarli wszyscy absolwenci czy sie cos komus...
Pod bialym namiotem zajela miejsca szkolna orkiersta ze swoim opiekunem - dyrygentem. 
Oprawa muzyczna zapewniana we wlasnym zakresie :))


Absolwenci zgromadzeni na tybunach, przygotowani do uroczystego "wmaszerowania".



I wystartowali...

Nie bylo konca oklaskom. Kazdy bowiem student mial swoj wlasny team rodzicielsko-babcino-dziadkowo-cioteczno-kolezenski. 
Niektorzy specjalnie przybywali na te uroczystosc z roznych zakatkow Stanow. Nawet swiata. 
Mialam okazje spotkac Dziadeczkow z Albanii.
Nie wspominajac juz o polskich rodzinach :))


Chwilke zeszlo, zanim bohaterowie zajeli miejsca. Nikt nie naciskal na tempo. 
Kazdy chcial sie nacieszyc swoim hero :)

 

Usiedli. 
Ale zaraz wstalismy wszyscy. Uroczystosc rozpoczely slowa przyrzeczenia (deklaracji?):

"I pledge allegiance to the flag of the United States of America, 
and to the republic for which it stands, 
one nation under God, indivisible, 
with liberty and justice for all."

Slowa tej roty sa codziennie powtarzane przez mlodziez szkolna tejze szkoly. Taki swoisty hymn na poczatek dnia.
Faktem jest, ze leci on  z gotowca, a niektorym ciezko nawet podniesc urzadzenia do siedzenia. 
Tutaj jednak wszycy recytowali zgodnym chorem.
A potem naturalnie hymn panstwowy, odegrany przez szkolna orkiestre. 
I poczet sztandarowy sobie odmaszerowal.












Kazdy amerykanski poczet sztandarowy jest czteroosobowy. Ok, nie kazdy. 
Jeden jest trzyosobowy, najglowniejszy. Tylko z flaga amerykanska w roli glownej.
Jezeli natomiast prezentuje sie poczet organizacji wojskowej, stowarzyszenia, szkoly itp - najpierw jest flaga narodowa, potem kazda inna (formacji wojskowej, policji, strazy pozarnej, parafii itp).

W tej szkole jest oczywiscie klasa o profilu wojskowym, ROTC (The Reserve Officers' Training Corps). Jest to formacja Air Force. 

 

Mowa dyrektora szkoly. O nadziei pokladanej w mlodych, wlasnie wyedukowanych ludziach, o swietlanej przyszlosci przed nimi ( i nami, staruszkami, za ich przyczyna) czyli to samo co w  kazdej szkole.

Potem przemowa w imieniu swiezych absolwentow. 
"Bedziemy lekarzami, prawnikami, inzynierami, kongresmenami.... Imie szkoly poniesiemy w swiat.....Zawsze bedzie w naszym sercu miejsce dla wspanialych pedagogow i ich zyciowej madrosci, ktora teraz bedziemy doswiadczac sami.
A nasze kolezanki i nasi koledzy.....".
To samo na calym swiecie :)))


Nie moglo zabraknac czasu na nagrody, wyroznienia i pochwaly. Nauka, osiagniecia sportowe, stypendia.
A wreszcie czas na rozdanie dyplomow ukonczenia szkoly.


Towarzystwo w porzadku maszerowalo po dyrektorski uscisk i dyplom. Wczesniej kazdy z 630  studentow zostal wymieniony z imienia, imion jesli ma takowych kilka i nazwiska.
Nie jest to latwe, kiedy mieszaja sie nazwiska slowianskie, arabskie, indyjskie, chinskie.
Dlatego tez kazdy z uczniow mial przygotowana kartke z czytelnie napisanym wlasnym imieniem i nazwiskiem oraz fonetycznie. Jak po prostu te : Jan Hu Costam czy Brachowski czy Jura czy Xsien Ahmed, Mohammed, Sarakalamigilaya, Lee Tu, Xiangwoo  wymowic.
Najfajniejsze, ze do tej szkoly uczeszczalo kilku Jezusow i paru Mahometow. To dopiero lekcja tolerancji.

Po odebraniu dyplomow ukonczenia szkoly przyszla pora na przelozenie dyndadelek, fredzli na czapkach. Znaczy sie absolwent!
By podkreslic tego wage czapki poszybowaly w gore wsrod piskow, krzykow, oklaskow.
Dopelnilo sie. Edukacja na tym etapie ukonczona.
 





Wreczane dyplomy to jedynie etui na zasdniczy dokument, ktory przyjdzie poczta :)))

poniedziałek, 4 lipca 2011

Kolacja na 4 lipca

Niestety, nie na 1600 Pennsylvania Ave, w Bialym Domu u Pana Prezydenta. Jeszcze :)

Ale tez w amerykanskiej rodzinie. Z amerykanskim menu. 
Co to takiego? Steki, hamburger i hot dogi.
W moim polskim zyciu nikogo nie podejmowalam kolacja czy obiadem, a nawet sniadaniem, czy nawet malutka kawusia z okazji Swieta Niepodleglosci.

Tutaj z tej racji bylam gosciem. 

Nikt nikomu tez nie zyczyl  w Polsce milego swietowania Swieta Niepodleglosci. 
Tutaj zyczenia w stylu : Happy Independence Day, czy Happy 4th July czy Happy 4th (bo wszyscy wiedza o co idzie) sa powszechne.

A stroj? To zaden wstyd przywdziac dzisiaj na siebie T-shirty w kolorach bialym, czerwonym i niebieskim. Albo szorty. Albo kostium kapielowy. Albo chociaz kapelusik. Desenie flagowe tez mile widziane.

Mozna mowic o szukaniu okazji do swietowania. Kazda dobra itp, ale czy to zle?
Faktem jest, ze aura sprzyja urzadzaniu kolacjek przy basenie, na tarasie czy w ogrodzie. Po prostu zabawa z gora jedzenia. 

Obowiazkowe sztuczne ognie. Niektorzy to nawet nie czekaja do zmroku.
Mam wrazenie, ze kazdy Amerykanin musi obowiazkowo odpalic jakas, chocby  malutka, petarde. I choc w urzadzaniu pokazow specjalizuja sie firmy (licencja, procedury bezpieczenstwa i te sprawy) to chociaz jedna, malutka...

W Nowym Jorku obowiazuje zakaz rozprowadzania sztucznych ogni, to zastepuje sie je zimnymi.
Byle cosik odpalic!

Naturalnie najstarszy i najwiekszy pokaz sztucznych ogni odbywa sie w Nowym Jorku z barek na East River. Sponsoruje go Macy's (siec domow handlowych).  W tym roku przylozyl sie wyjatkowo. 125 rocznica zalozenia tej firmy zobowiazuje :))
Dla ruchu kolowego zamkniety jest wtedy FDJ, droga szybkiego ruchu we wschodniej czesci Manhattanu. Wypelnia sie ona ludzmi juz od wczesnych godzin popoludniowych. Wszyscy chca uczestniczyc w tym szalenstwie.
Ta kaskada ogni, barw i dzwiekow robi wrazenie. I warte ogladania.





Oczywiscie Nowy Jork nie jest jedynym miejscem, gdzie podziwiac mozna pokaz sztucznych ogni. 
Te czesc skladowa tego swieta organizuje kazde duze miasto, male tez, nawet miasteczko. I mnostwo Amerykanow we wlasnym zakresie :))

Jak sie bawic, to sie bawic.
Sama tez odpalilam zimnego ognika. 


A o koncertach, gdzie prowadzacy porywaja i podrywaja sluchaczy do tanca, przy okazji nastepnego swieta.





Independence Day

piątek, 1 lipca 2011

Salon kosmetyczny

         To sie moze zdarzyc tylko tutaj. W tym galimatiasie cudakow, gdzie kazdy radzi sobie, jak potrafi. I przy okazji udaje biznesmena (czasem biznesmenela).

W polskich enklawach na Brooklynie i w New Jersey powstaja “Biedronki”. Nie mylic z tymi z polskimi z Portugalii. Wlascicielami tych amerykanskich polskobrzmiacych sklepow sa Pakistanczycy. Nazwa to taki zabieg marketingowy, zeby sie swojsko kojarzylo.

Nie wiem natomiast z czym powinna sie kojarzyc sprawa salonow kosmetycznych, w ktorych pracuja Azjaci. Poznac to po oczach. Pracownikow.

Wizyta w takim salonie kosmetycznym to jedyna okazja, kiedy mozna bezkarnie oddac sie w meskie rece.
Nie wiem, czy wszedzie, ale w moich okolicach w tych uslugach pracuja przewaznie mezczyzni. Jezykiem urzedowym jest mandarynski. Bo to chinskie salony sa.
Manicure, pedicure, depilacja (do kolan, bez podtekstow), masaz (do kolan). Slowem rewelka. Jakosc tez raczej nie jest chinska.

Osobiscie znam jeden salon, ktory jakoscia bije inne na glowe. To polski salon na Staten Island. O zaden sentyment nie idzie. To profesja. Tam podciagam sie na urodzie wewnetrznej i zewnetrznej. Bo wlascicielka jest gadula, a terapie "robi" niejako przy okazji.

Wracajac do chinskiego spa.

Chodzi po salonie gosciu. Tatuaze brzydkie ma (moj jest ladny:)), buty z wezowej skory. Rurki. Okular na tyle glowy. Taki cool gay. Brakuje mu tylko pejcza. Mam wrazenie, ze starczy mu sam wzrok i pewnie jakies slowo (dla mnie brzmi ono jak warkniecie, ale w mandarynskim nie jestem dobra). 
Pogania (czytaj: zacheca) pracownikow do wytezonej pracy.
Sam przyjmuje zlecenia.
Polega to na tym, ze w owych salonach mozna z dostepnych uslug skorzystac z mety. Nie trzeba sie umawiac, jak przystalo na profesjonalny salon.
Zeby tylko starczylo miejsc siedzacych. Dla kilentow oczywiscie.
Ow cool gay usadza klienta, prosi o chwile cierpliwosci, warczy do telefonu i za chwile pojawia sie kosmetyczka. Powinnam pewnie napisac kosmetyczek, bo to facet.

Trudno mi okreslic wiek tych panow, bo czy szpakowaty znaczy stary?
A co znaczy lysy?
Jak smiesznie wyglada lysy Chinczyk … Chyba Chinczyk, bo moze on jest z Korei i wtedy zaden z niego Chinczyk. A moze oni sa z Wietnamu?
Nie sa z Japoni. Oni maja bowiem prosciej skosne oczy. I udzielaja sie raczej w restauracjach z sushi.
W kazdym razie nie jest z yakuzy, bo Chinczyk.

Kiedy pojawi sie ow kosmetyczek zaczyna jak nakrecony piac peany na czesc zalet masazu spa na nogi, innego masazu na rece, depilacji itp. Jego angielski jest ciezki do zrozumienia. Wystarczy zapytac o cos i gosc nawija od nowa. Jak zarysowana plyta, ktorej sie przeskoczylo.
Rownolegle robi swoje, niby na czas, a jednak niezle.
Jezeli czlek wylaczy sie z uwagi na ow mandarynsko brzmiacy angielski  i nawet niezle sie zrelaksuje. 
Napiwkiem mozna zrekompensowac swoja nieuwage. Sprawdzilam, dziala. (Dobry napiwek!)




Pani Basia w Polsce juz w ten sposob dzialala kilka lat temu. 
No tak, ale to w koncu chinski salon.